Związek Żołnierzy WP Zarząd Rejonowy w Słupsku
  Wspomnienia weteranów
 
Lębork
Zawsze chciałem być żołnierzem.
Eugeniusz Kujawa był najmłodszy członkiem Misji Pokojowej ONZ w Wietnamie w 1959 roku
Nazywam się Eugeniusz Kujawa, jestem podpułkownikiem Wojska Polskiego w stanie spoczynku. Urodziłem się 84 lata temu w Bydgoszczy. Służbę czynną odbywałem w jednostkach komunikacji wojskowej. W Lęborku mieszkam od czterech lat. Należę do Związku Żołnierzy Wojska Polskiego - Koło nr 6 im. mjr H. Sucharskiego w Lęborku, w którym pełnie funkcję członka zarządu. Jestem wiceprzewodniczącym Rejonowego Sądu Koleżeńskiego w Słupsku.
Zawsze chciałem być żołnierzem. Przygotowałem się do służby w lotnictwie wojskowym, ukończyłem kurs szybowcowy w Aeroklubie Kujawskim w Inowrocławiu, gdzie w 1951 roku otrzymałem maturę po ukończeniu liceum im. Kasprowicza. Ze względu na wadę wzroku, komisja nie zakwalifikowała mnie do lotnictwa. W 1952 r. zostałem przyjęty do Szkoły Wojsk Inżynieryjnych we Wrocławiu, jako jeden z nielicznych z maturą, na jednoroczny kurs oficerski. Po skończeniu nauki zostałem skierowany do Grudziądza.
W wojsku obowiązywała zasada - najpierw służba, potem życie rodzinne. Był to okres rusyfikacji wojska polskiego. Zmieniono umundurowanie, regulaminy itp. W jednostce przebywało się od rana do wieczora. W tym czasie ożeniłem się z inowrocławianką - Urszulą, nauczycielką. Urodziły się nam dwie córki.
Kiedy w 1958 r. dowiedziałem się o rekrutacji oficerów do służby w misji pokojowej w Wietnamie, złożyłem odpowiednie dokumenty, zgodnie z zarządzeniem MON spełniałem wszystkie warunki. Napisałem do Departamentu Kadr MON stosowna prośbę, którą zgodnie z procedurą musiał zaopiniować dowódca jednostki wojskowej. Dowódca wyraził zgodę, stwierdzając sarkastycznie, że "mogę się przewietrzyć w Warszawie". Miałem 27 lat, byłem wówczas porucznikiem WP. Żona i rodzina wierzyła we mnie i w to, że sobie poradzę. W wyznaczonym dniu stawiłem się w MON. Każdy z oficerów był sprawdzany z języka angielskiego. W gronie kandydatów około 50 oficerów byłem jedynym porucznikiem. Znalazłem się na liście zakwalifikowanych. Czekało nas jeszcze badanie lekarskie. Z wybraną 17-tką oficerów, zakwalifikowany zostałem do dalszego etapu. Po miesięcznym szkoleniu w Warszawie oraz po wyposażeniu mundurowym byłem gotowy do wyjazdu.
W dniu 2 maja 1959 r. wyleciałem z Warszawy do Hanoi. W Moskwie mamy 5-dniową przerwę, więc wykorzystałem ten czas na zwiedzanie miasta. Zwiedziłem mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym, Kreml ze skarbcem, stare miasto i słynną ulicę Arbat. Samolotem Tu-104, pierwszym samolotem pasażerskim ZSRR, poleciałem do Pekinu. Stolica Państwa Środka przywitała nas burzą piaskową z pustyni Gobi. Zakwaterowano nas w największym hotelu, który nazywał się "Pekin". Przerwa w przelocie trwała 7 dni. Zwiedziliśmy miasto i okolice. Dzięki ataszatowi wojskowemu Ambasady Polskiej otrzymałem samochód oraz kierowcę - Chińczyka znającego język polski. Największe wrażenie wywarł położony w centrum tzw. Pałac Zimowy (w tzw. zamkniętym mieście) oraz położony na przedmieściach tzw. Pałac Letni, nad wielkim sztucznym jeziorem oraz wielki mur chiński.
Hanoi, do którego wreszcie dotarliśmy, położone w strefie równikowej, w innym niż polski klimacie - gorącym i wilgotnym, nad Rzeka Czerwoną. Po wylądowaniu natychmiast odczuwamy zmianę klimatu, jest bardzo gorąco i duszno. Zostaliśmy tam przez miesiąc na aklimatyzację, miałem więc czas na poznanie miasto i jego okolic. Hanoi, w owym czasie przypominało jedno wielkie targowisko, gdzie nie obowiązywały żadne przepisy ruchu drogowego. Mrowie ludzi, wszyscy jednakowo ubrani, w czarne spodnie i białe koszule. Mężczyźni w czarnych turbanach, kobiety w kapeluszach z liści palmowych. W mieście dużo zieleni, domy rozmieszczone w parkach i przy skwerach. W Północnym Wietnamie wszyscy bardzo serdecznie przyjmowali Polaków, którzy prowadzili w tym czasie w tym kraju różnorodne inwestycje. Na słowo "Ba-Lan" Wietnamczycy reagowali uśmiechem, bo oznaczało Polska. Odpowiadali powszechnym w tym czasie pozdrowieniem "Ho-Chi-Minh mo-nam" co oznaczało: niech żyje Ho-Chi Minh. Wszystko co nas otaczało - ludzie, architektura, obyczaje, klimat jest inne. Pełna egzotyka i w dodatku ta różnica czasów.
Po mniej więcej miesiącu polecieliśmy do miasta docelowego - Sajgonu, stolicy Wietnamu Południowego, położonego nad rzeką Mekong, wielkiego portu pełnomorskiego oddalonego o ok. 100 km od ujścia rzeki, największego miasta na Półwyspie Indochińskim, zwanego również "Paryżem Dalekiego Wschodu". W Sajgonie mieścił się sztab  Międzynarodowej Komisji Kontroli i Nadzoru Organizacji Narodów Zjednoczonych. Miasto przypominało Hanoi, tylko wszystko było dużo większe, bardziej kolorowe, ludzie ładniej ubrani, bardziej uśmiechnięci. Czuło się tam większa swobodę.
Trzeba wspomnieć o kontekście politycznym i międzynarodowym w tym czasie. Wietnam w okresie II wojny światowej okupowany był przez Japonię. Partyzanci wietnamscy walczyli z okupantem pod wodzą późniejszego prezydenta tego kraju Ho-Chi-Minha. Kiedy osiągali coraz większe sukcesy, wówczas z "pomocą" przyszły wojska USA i Wielkiej Brytanii. Wszyscy walczyli ze wszystkimi. W 1945 roku do konfliktu włączyła się Francja, która chciała odzyskać swoje dawne panowanie nad całymi Indochinami. Armia francuska była największa, dysponowała samolotami, czołgami i artylerią. Czołową siłę stanowiła Legia Cudzoziemska. W 1954 roku - USA, Chiny, ZSRR oraz Francja zwołali do Genewy swoich przedstawicieli. Postanowiono powołać specjalną komisję, którą nazwano Międzynarodową Komisją Kontroli i Nadzoru. Postanowienia tej konferencji mieli realizować przedstawiciele wojsk z Kanady, Indii oraz Polski. W tym samym czasie wojska francuskie poniosły klęskę w dolinie Dien-Bien-Phu. Wietnam został podzielony na część północną i południową. Granicę stanowiła rzeka Ben-Hai przebiegająca na 38 równoleżniku.
Konferencja Genewska postanowiła ponadto, że doprowadzi w ciągu dwóch lat do ogólnowietnamskich wyborów, w wyniku których utworzony zostanie jeden rząd. Ustalono również, że nastąpi proces łączenia rodzin wietnamskich, które zostały podzielone w wyniku działań wojennych (w tej kwestii obowiązywała całkowita swoboda wyboru miejsca zamieszkania). Zalecono aby więźniów politycznych i działaczy politycznych otoczyć opieką oraz przedstawiciele misji mieli dopilnować, aby armie obu państw nie powiększały swojego stanu posiadania oraz nie modernizowały swoich armii. I takie zadania postawiono przed komisjami kontrolnymi składającymi się z przedstawicieli każdego państwa. Posterunki kontrolne rozmieszczono w 10 miejscowościach. Były to największe miasta, porty i lotniska - na granicach z Chinami, Laosem i Kambodżą.
Po przybyciu do Sajgonu zakwaterowano mnie w najdroższym hotelu "Continental Palace" dlatego, że musiałem być zawsze blisko ambasadora - szefa naszej delegacji. Przedstawiony zostałem również szefowi sztabu, który spytał ile mam lat i stwierdził, że mógłbym być jego synem. Po tej rozmowie przylgnęła do mnie ksywa "Synek". Rozpocząłem służbę na wyznaczonym stanowisku - kierownika kancelarii tajnej i jawnej. Praca nie była trudna, ale bardzo odpowiedzialna. Miałem dostęp do dokumentów dyplomatycznych stanowiących tajemnice państwową. Przyjmowałem i ekspediowałem kurierów dyplomatycznych MSZ.
Pracowałem z przerwą w południe od 9-tej do 17-tej. Podlegały mi trzy panie maszynistki piszące biegle w języku francuskim i angielskim oraz dwie księgowe. Do pracy dojeżdżałem samochodem. Warunki zakwaterowania i materialne miałem bardzo dobre.
W czasie wolnym organizowane były wycieczki zbiorowe lub indywidualne. Do najciekawszych zaliczam wyprawy do miejsc zabytkowych tj. pierwszej stolicy Wietnamu - miasta Hue oraz siedziby królów wietnamskich. Zwiedziłem również stolicę Kambodży - Phnom-Penh oraz zespół starożytnych świątyń i miasto Khmerów - Angkor-Vat i Angkor-Thom. Niezapomniane przeżycie. To już inna opowieść. Są to aktualnie zabytki pod ochroną Unesco. To miejsce jest ciekawsze niż piramidy egipskie. Wspaniała fauna i flora. W dżungli żyją małpy gibbony i makaki, wielkie drapieżniki jak np. niedźwiedzie malajskie, wiele gatunków papug i ptaków śpiewających. Rosły tam niespotykane w innych rejonach drzewa palisandrowe, drzewa żelazne (bo ciężkie jak żelazo), drzewa lakowe, kamforowe i mahoniowe.
Międzynarodowa Komisja Kontroli i Nadzoru, w składzie której byłem wykonała niemal wszystkie nałożone na nią zadania. Szczególnie zasłużyliśmy się w sprawie łączenia rodzin. Proces ten przebiegł sprawnie i z sukcesem. Niepowodzeniem zakończyła się próba doprowadzenia do ogólnowietnamskich wyborów. Główną przyczyną był brak porozumienia USA i Francji z jednej strony - Chin i ZSRR - z drugiej. Krajom tym po prostu nie zależało na rozwiązaniu problemu, ważniejsze były strefy wpływów.
Pod koniec lat 60-tych nastąpiła eskalacja działań wobec Demokratycznej Republiki Wietnamu oraz działających na południu - partyzantów. Rozgorzała bezpardonowa wojna, nie ciesząca się poparciem nawet w samym USA, gdzie rozlegały się okrzyki "ręce precz od Wietnamu", podczas której zginęło około miliona ludzi po stronie tubylców (w tym 100 tys. ludności cywilnej), 250 tys. osób było rannych. Po stronie mocarstwa jakim były Stany Zjednoczone odpowiednio zginęło 60 tys. żołnierzy, 313 tys. zostało rannych i ponad 2,5 tys. uznano za zaginionych. Amerykanie zrzucili podczas tej wojny więcej bomb niż podczas II wojny światowej. Użyto tzw. bomb napalmowych i chemicznych. Walczyło w Wietnamie 500 tysięcy żołnierzy amerykańskich uzbrojonych w najnowocześniejszy sprzęt bojowy. W 1975 roku wojna dobiegła końca, wojska garnizonu sajgońskiego poddały się, a resztki wojsk amerykańskich w sposób daleki od zorganizowanego, ewakuują się śmigłowcami. Była to klęska militarna wielkiego mocarstwa.
Śledziłem i śledzę nadal wszystkie związane z Wietnamem wiadomości, bo poznałem mieszkających tam ludzi, bardzo serdecznych, pracowitych i chcących żyć w pokoju i spokoju. Po tej klęsce militarnej wojsk amerykańskich doszło do zjednoczenia Wietnamu.
Moja misja w Wietnamie zakończyła się w maju 1960 roku. Wracałem do kraju inną trasą przez New Delhi, Bejrut, Rzym i Paryż, trasą opłaconą przez ONZ. Była to piękna podróż jako wyróżnienie po przepracowanej misji. Za służbę w Wietnamie zostałem wyróżniony "Medalem Przyjaźni" przez Prezydenta Wietnamu oraz "Medalem Wyzwolenia I klasy" przez Rząd Republiki Południowego Wietnamu.
Tak zakończył się mój udział w misji pokojowej. Minęło już ponad 56 lat, pozostały żywe wspomnienia i satysfakcja z dobrze wykonanego zadania. Był to mój skromny wkład w dzieło pokoju na świecie, ku chwale Polski i żołnierzy Wojska Polskiego.
 
Materiał ukaże się w najbliższym numerze „ECHA ZIEMI LĘBORSKIEJ”
Edyta LITWINIUK „Dziennik  Bałtycki” – Redaktor prowadzący o/ Lębork
przy współpracy: kmdr por. w st. spocz. Eugeniusz BOBLIŃSKI.

Lębork
 Historia st. chor. sztab. Ryszarda Pawłowskiego – Weterana Misji Pokojowych ONZ (artykuł z „Echa Ziemi Lęborskiej”)
 
„O TYM JAK ZAMIENIŁ NIEBIESKI BERET NA BŁĘKITNY HEŁM”
Ryszard Pawłowski to były żołnierz zawodowy - dziś w stanie spoczynku, Honorowy Prezes Koła nr 6 im. „mjr. H. Sucharskiego” ZŻWP w Lęborku, a także prawdziwy weteran Misji Pokojowych ONZ. Szczyci się także wpisem do Honorowej Księgi Zasłużonych dla ZŻWP Rejonu Słupskiego. Był nie tylko w drugiej zmianie w Egipcie, w bazie mieszczącej się w dzielnicy Heliopolis, ale też w pierwszej zmianie wchodzącej w skład sił rozjemczych, które stacjonowały w strefie buforowej między Izraelem a Syrią.
- Służyłem w 4 Pomorskim Pułku Desantowym w Lęborku - opowiada Ryszard Pawłowski. - W pierwszym okresie służby przechodziłem różne stanowiska. Najpierw byłem czołgistą, potem przeszedłem na czołgi pływające, a następnie byłem dowódcą plutonu zaopatrzenia. Zaopatrywaliśmy oddział począwszy od śrubki do czołgu, a skończywszy na jedzeniu dla żołnierzy - mówi.
Wspomina, że już wtedy lęborska jednostka charakteryzowała się tym, że noszono w niej niebieskie berety. - Jak pojechałem w tym niebieskim berecie do mojego miasta czyli Inowrocławia, to myślano że już jestem w siłach ONZ. A wtedy ten niebieski beret, to był jeszcze z lęborskiej jednostki. Do ONZ trafiłem później - opowiada pan Ryszard.
Wspomina, że w tamtych latach, żeby trafić na misję, trzeba się było postarać. -Wybierano ludzi odpowiedzialnych, bo przecież reprezentowaliśmy nasz kraj poza granicami. Podstawą wyboru była doskonała wiedza z zakresu własnej specjalności wojskowej, poparta dużym życiowym doświadczeniem oraz nienaganny przebieg służby wojskowej - mówi. Jemu taki wyjazd zaproponowano. - Byłem wtedy dowódcą plutonu, a wcześniej szefem kompanii czołgów PT76 B - mówi pan Ryszard i wyjaśnia: - Nazwa PT oznaczała Pławajuszczij Tank, a cyfry 76 - kaliber zastosowanej armaty.
Przed wyjazdem na misję żołnierze skrupulatnie się przygotowywali. Przeprowadzano szczegółowe badania medyczne. Ten, kto ich nie przeszedł, musiał odpaść. - W trakcie przygotowań wizytował nas ówczesny minister obrony narodowej. Żegnał naszą zmianę i życzył godnego reprezentowani kraju - opowiada pan Ryszard. - W 1974 roku uczestniczyłem w drugiej zmianie Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej (PWJS) w Egipcie. Tę zmianę wystawiała wtedy 7 Łużycka Dywizja Desantowa - opowiada Ryszard Pawłowski. Transport naszej zmiany odbywał się samolotami LOT-u, ale wykorzystanymi jako samoloty wojskowe. Przelot do Kairu odbył się 16 maja 1974 roku. Wylądowaliśmy tego samego dnia i przewiezieni zostaliśmy do bazy - opowiada pan Ryszard i pokazuje zdjęcie w książce, na którym widać powitanie jego zmiany na egipskiej ziemi. Do dziś pamięta ten gorąc. - Pierwszego dnia jeszcze tak tego nie odczuliśmy, bo przylecieliśmy z opóźnieniem. Przed wylotem odbyło się uroczyste pożegnanie z bliskimi, grała orkiestra. Dlatego byliśmy po południu. Dopiero drugiego dnia poczuliśmy ten upał. To był maj, a temperatura sięgała prawie 45 stopni. To była duża konsternacja. Zwłaszcza, że na drugi, trzeci dzień przechodziliśmy tzw. zemstę faraona. Nie było miło... Dobrze, że sprawnie działały nasze polskie pralnie - żartuje. W dzień temperatura sięgała 50 stopni, ale wieczorem było "ledwie" 30 stopni. - A nam było tak zimno, że zakładaliśmy kurtki.
- Baza mieściła się na przedmieściach Kairu, w dzielnicy Heliopolis. Znajdowała się na prywatnym torze do wyścigów konnych, gdzie były rozlokowane wszystkie kontyngenty pod flagą ONZ. Teren był zupełnie płaski, pozbawiony drzew, a żołnierze wraz z całym zapleczem rozlokowani byli w namiotach.
Emerytowany żołnierz opowiada o tym, jak szybko zderzyli się z innym stylem życia. Mówi, że cała żywność była inna, jadano zupełnie co innego niż w kraju. Z resztą żołnierze zaplecza gospodarczego jednostki mieli ciężkie warunki służby. Kucharze pracowali niemal całą dobę. Musieli bardzo wcześnie przygotować posiłki dla kierowców wyjeżdżających w trasę. Każdego dnia musieli też przyrządzić po 3-4 tysiące litrów różnego rodzaju napojów. Do tego, ze względu na wysoką temperaturę, jeśli przygotowana potrawa w ciągu dwóch godzin nie została zjedzona, to trzeba ją było ponownie gotować lub smażyć. Nawet naczynia kuchenne, po dokładnym umyciu w wodzie z detergentem, trzeba było poddać dezynfekcji i wyparzyć. Owoce i warzywa pochodzące z miejscowych rynków musiały zostać dokładnie odkażone. - Pamiętam, że jak dostaliśmy do jedzenia jajka, to nie były to takie jak nam się kojarzą w Polsce: bielutkie z żółtym środkiem. Tamte były sinawe - opowiada. - Ale trzeba się było przyzwyczaić.
Choć trafili na zmianę do Egiptu, to ze względu na historyczne przemiany zachodzące w tym regionie przegrupowani zostali w okolice Izraela. - Trzeba było szybko działać, dlatego zdecydowano się skorzystać z naszej pomocy - opowiada.
W 1973 roku Izrael i Syria wprowadziły zawieszenie broni na Wzgórzach Golan. Mimo tego dochodziło do incydentów zbrojnych. Dopiero w następnym roku, 31 maja 1974 roku, podpisano rozejm, w wyniku którego powstała tzw. strefa buforowa żeby rozdzielić wojska izraelskie i syryjskie. Między nimi stały wojska rozjemcze. Było to tzw. UNDOF - Siły Rozdzielająco-Obserwacyjne ONZ. Sama strefa liczyła 80 km długości i do 10 km szerokości. Polacy byli obecni na Wzgórzach Golan do 2009 roku, kiedy to zapadła decyzja o wycofaniu się. Ostatni żołnierze wrócili stamtąd do kraju w 2010 roku.
- Dostaliśmy zadanie, żeby na tym terenie zorganizować obóz - opowiada pan Ryszard. - Wyruszyliśmy z Egiptu 4 czerwca 1974 roku. Mieliśmy bardzo mało czasu na przegrupowanie, bo Polska nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z Izraelem.
Spośród żołnierzy PWJS został utworzony specjalny pododdział przeznaczony do służby na Wzgórzach Golan. Grupa rozpoczęła przegrupowanie z Egiptu do baz w Syrii. - Było tam nas zaledwie 93 żołnierzy. Dowódcą był major Eugeniusz Nowak - opowiada pan Ryszard. Kolumna złożona z 39 pojazdów - polskich STAR-ów, w trakcie 36 godzin poprzez Synaj, Strefę Gazy i terytorium Izraela przebyła 750 kilometrów docierając wieczorem 5 czerwca do obozu w Karnaker, położonego 48 km na południe od Damaszku.
- Po drodze mijaliśmy wiele ciekawych miejscowości. Ale najbardziej zapamiętałem jezioro Genezaret. Przejeżdżaliśmy też przez Betlejem. Zadziwiło mnie zdyscyplinowanie Izraelczyków. Podczas przejazdu przez Tel Awiw nie było takiej sytuacji, żeby ktoś wszedł w kolumnę i przeszkodził w przejeździe. Bywało, że witano nas owacjami, choć nie zawsze - wspomina.
Już 8 czerwca żołnierze musieli zabrać się do pracy. Saperzy mieli za zadanie rozminować teren, na którym mieścić się miały sztaby stron i kwatera główna UNDOF. - Byliśmy pierwszą zmianą na tym terenie. Był pluton saperów, oddział transportowy i pododdział zaopatrzenia. To były bardzo małe siły, jak na tak duży obszar - opowiada. W obozie w Kanaker, odległym o 8 km od Saasy, były bardzo trudne, wręcz polowe warunki. Był też znacznie oddalony od strefy rozdzielnia wojsk. Dlatego 3 listopada 1974 roku Polacy przenieśli się do obozu Camp Faouar u podnóża góry Hermon. Obóz otaczał skalisty płaskowyż, wokół były wzgórza o charakterystycznym stożkowym kształcie dochodzące do 1200 m n.p.m. Polscy żołnierze, którzy w tym miejscu przebywali wraz z żołnierzami kontyngentu austriackiego, byli zakwaterowani w murowanych domkach, w których kiedyś mieściła się stacja badawcza FAO.
Pan Ryszard opowiada, że codzienność w nowym obozie nie była łatwa. Teren był zaminowany.
- Bywało, że kiedy rano jechaliśmy po zaopatrzenie to teren był piaszczysty i pusty, ale kiedy wracaliśmy na drugi dzień był już zaminowany. Wiatr zwiewał piasek i widać było te wszystkie miny... Nawet jak się na chwilę zatrzymywaliśmy za potrzebą, to nie można było się nawet o krok oddalić, bo można było wylecieć w powietrze. I w innych kontyngentach takie wypadki się zdarzały. U nas nie, nasze wojsko było zdyscyplinowane. Co nie znaczy, że nie zdarzały się inne wypadki. Bo było ich sporo i to różnorodnych. Najczęściej dochodziło do wypadków transportowych.
I właśnie taki zdarzył się panu Ryszardowi. - Jako przewodnik samochodu sanitarnego wraz z kolegami odwoziłem chorego, kiedy ktoś nam zablokował drogę powodując niefortunny upadek sanitarki w przepaść o głębokości przeszło 80 metrów. Znalazłem się pod sanitarką opartą o wystające głazy, cudem przeżyłem, ale straciłem przytomność - opowiada. - Na szczęście wszyscy pasażerowie przeżyli i po tym wypadku rozwieziono nas do różnych okolicznych szpitali. Ja trafiłem do szpitala w Damaszku. Po wyjściu ze szpitala bardzo źle się czułem, dlatego odmówiłem zostania na kolejną zmianę. Po latach okazało się, że miałem liczne i bardzo bolesne urazy głowy.
Po tym zdarzeniu panu Ryszardowi pozostał trwały uszczerbek na zdrowiu określony normami GWKL 7 Szpitala MW na poziomie aż 35 proc. wg Orzeczenia nr 6924/U/76 z dnia 07.10.1976 w związku z wypadkiem z dnia 28.10.1974 r./. - Zmagam się z nimi do dnia dzisiejszego - mówi.
Mimo tego z rozrzewnieniem wspomina tamten czas. - Wiedzieliśmy, że to nie będzie "wycieczka turystyczna". Do wykonania mieliśmy ogrom zadań - wspomina po latach. - Byliśmy na to przygotowani. Byliśmy przecież polskimi żołnierzami - mówi i dodaje: - Ta nasza zmiana była zmianą szczególną - podkreśla. - Nie patrzyliśmy na stopień, tylko wszyscy zakasywaliśmy ręce i braliśmy się do roboty.
 
Edyta Litwiniuk
„Dziennik Bałtycki”- Redaktor prowadzący o / Lębork
„ECHO ZIEMI  LĘBORSKIEJ”,
przy współpracy kmdr por. w st. spocz. Eugeniusz Bobliński.

Lębork
Historia kmdr. Józefa Młynarczyka
O TYM JAK GÓRAL Z PODHALA ZOSTAŁ PILOTEM MORSKIM

Urodzony i wychowany w niewielkiej górskiej wiosce Józef Młynarczyk nawet nie przypuszczał, że za kilkanaście lat trafi na Pomorze. A że jeszcze będzie latał samolotami? O tym nawet nie myślał. Może się w czepku urodziłem? - zastanawia się 81-letni kmdr por. pil. w st. spocz Józef Młynarczyk aktualnie członek Koła Nr 12 Lotników Morskich ZŻWP działającego w Lęborku od 13 września 2013. Kołem kieruje Prezes kmdr. por . pil. w st. spocz. Zbigniew Panek. Okazuje się, że Komandor Józef Młynarczyk był jednym z pierwszych pilotów jacy lądowali na lotnisku w Siemirowicach – niedaleko od Lęborka. Pan Józef to z pochodzenia góral.

Józef Młynarczyk urodził się i wychował w wiosce Dębno Podhalańskie, która znajduje się około 4 km na wschód od Nowego Targu. - Pamiętam wojnę, pamiętam nawet jeszcze czasy przedwojenne - mówi pan Józef. Zapamiętałem jak nas przesiedlali w wiosce, bo mieli ćwiczyć wojsko, jak ludziom we wsi konie odbierali, żeby były dla żołnierzy. Kobiety te konie po łbach całowały... Pamiętam jeszcze, że bieda tam była straszna. Teraz jak ostatnio odwiedziłem tamte strony, to nie mogłem tej mojej rodzonej wsi poznać.

Po zakończeniu nauki, w wieku 20-lat trafił do Tarnowskich Gór do artylerii ciężkiej. Do tej pory pamięta jak ojciec mówił mu: synu tylko nie idź do wojska, bo będzie wojna. - Wtedy to tej wojny cały czas się obawiano - wspomina. W Tarnowskich Górach trafił do szkoły podoficerskiej.

W tamtych czasach, jak człowiek miał skończone te 10 klas, nawet szkoły handlowej jak ja, to był wykształcony - wspomina.
Wspomina, że "za młodu" niezły był z niego sportowiec. Biegi na sto metrów zawsze wygrywałem - opowiada. Kiedyś, już w tym wojsku, któryś z oficerów powiedział do mnie, że jest mobilizacja do szkoły oficerskiej. "Zapisz się - mówił. - będziesz miał bułeczki, masełko". Bo to były takie czasy, że tych rzeczy nie było -  opowiada. - To był 1953 czy 54 rok. A wtedy w wojsku to był głód. Jak człowiek dostał cegiełkę chleba rano na śniadanie, to było do podziału na trzech, a jak ją dostał na obiad to nawet i na sześciu. Zupa, która nam dawali w wojsku na obiad to była głównie woda. Nawet w kantynie nic nie szło kupić, bo stare wojsko było pierwsze i młodym nie dało - wspomina. Co było robić.

Skusił się i wypełnił odpowiednią ankietę naboru do szkoły oficerskiej. Ale wtedy ani myślał iść do szkoły lotniczej, bo samolotów to on się bał. Napisał więc, że chce na łączność radiową, albo do marynarki. Bardzo chciałem do marynarki handlowej - opowiada i wspomina swoją pierwszą wyprawę na Pomorze. Pamięta, że na komisję musiał jechać do Wrocławia. Do dziś nie zapomniał jaki miał wtedy egzamin. - Pytali się jak się nazywają poziome i pionowe linie na globusie. Dali też jakieś proste zadanie z matematyki. Poradziłem sobie bez problemu – opowiada. A potem, w trakcie tej komisji, zapytano go dlaczego chce do łączności - powiedziałem, że jak się trochę nauczę to potem przyjdę do wsi i będę radia reperował - odpowiedział wprost. - Wtedy oni mnie pytają, czy nie chce może do lotnictwa? - opowiada. Przypomniał sobie, że jak jechali na komisję, to dziewięciu jego kolegów też zdecydowało się na lotnictwo. Ci jednak mieli już skończony "w cywilu" aeroklub. - Stwierdziłem wtedy, że jeśli mnie do lotnictwa namawiają, to tamtych musieli przyjąć, bo to znaczy, że potrzebują ludzi - mówi - pomyślałem sobie wtedy, że może to i dobre wyjście, bo wtedy będziemy razem, wiadomo koledzy. No to powiedziałem, że chcę do tego lotnictwa. I przyjęli mnie.

Jak wróciłem do jednostki, to okazało się, że żadnego z tamtej dziewiątki nie przyjęto. Takie były czasy, że nie wzięli cię tam gdzie chciałeś, tylko gdzie im się podobało. Ale samo przyjęcie to nie wszystko, bo potem trzeba było jechać na specjalistyczną komisję do Radomia, czyli na tzw. cebulę - do Centrum Badań Lotniczych, gdzie czekały go szczegółowe testy. Na komisji lekarskiej posadzili mnie na specjalnym krześle obrotowym. Okręcili kilka razy i badali wzrok i zmysł równowagi - pamięta jak dziś. Potem na specjalnym stole trzeba było ustawić dwa kołki w jednej linii. Musiało być wszystko dobrze, bo uwag do mnie nie mieli. Jak mnie do lotnictwa przyjęli, to musiało być bez skazy-opowiada.

Szkolił się w Radomiu. Wspomina, że jak kierowali go do szkoły, to najpierw była rozmowa i pierwsze pytanie: Kogo macie za granicą? A on - przecież góral - wymienia: wujka Franka, wujka Józka w Ameryce. A piszą? A pewnie, że piszą. I listy przysyłają. A co w listach? A różnie. I dolary przyślą i paczkę przysyłają. O wszystko rozpytywali i wszystko powiedziałem, jak na spowiedzi - opowiada.

Ale już w samej szkole, w trakcie nauki, wielu się wykruszyło. Jak już mieliśmy zacząć latać, to chciałem się choć tym samolotem przelecieć, a nas trzydziestu było w grupie, potem już dwudziestu, zaraz tylko piętnastu. Zacząłem się bać, że i mnie nie będzie – wspomina. Ale było dobrze. Pozdawałem co trzeba, miałem już prawy dyplom pilota.

Wtedy w jedną Wielkanoc poszedłem na rezurekcję. Na drugi dzień wzywają mnie do tłumaczeń. Mówią, że oni mnie tu trzy lata szkolą, że religia to opium dla mas. A ja do kościoła chodzę. To wyjaśniłem, że jak przyszedłem do wojska to miałem 20 lat i przez te 20 lat ojciec mi wpajał, że trzeba chodzić do kościoła. Ale jak jak się ożenię i będę miał swoje dzieci, to będę wychowywał po jego myśli. Tak mu powiedziałem dla świętego spokoju. To potem miałem rozmowę z oficerem politycznym, który przestrzegł mnie, że mam nie chodzić w mundurze. To mu odpowiedziałem, że za mało zarabiam żeby mnie było na cywilne ubranie stać. Bo taki pyskaty byłem. Ale jakoś się to po kościach rozeszło.

Do Siemirowic trafił w 1957 roku. Najpierw zawieźli ich tam autobusem z Babich Dołów. - Rano się budzimy i patrzymy, gdzie tu te okręty, maszty, a tu las. A przecież mieliśmy być lotnikami morskimi, a gdzie to morze? Przecież go nie widać - opowiada. Wtedy w Siemirowicach były tylko domy gospodarzy. Dopiero zaczynała się budowa bloków. Nawet sklepu na początku nie było, a miejscowa ludność chodziła na skróty przez teren rozbudowującego się lotniska.

Pamięta, że do Siemirowic przyszło ich piętnastu. – Byliśmy’’ bogaci‘’, bo każdy z nas miał po dwa samoloty - opowiada pilot morski. Wtedy w Siemirowicach już od 1956 roku jako pierwsza była zainstalowana 15 Samodzielna Eskadra Lotnictwa Rozpoznawczego, wyposażona w samoloty Ił 28, które stały pod lasem. Potem przyszedł nasz pułk – 30 Pułk Lotnictwa MW, który w 1957 roku przeformowano na 30 Pułk Lotnictwa Szturmowego MW z samolotami: Jak -11 i Lim-2 oraz z samolotami Lim – 5m, od 1960 roku.

Pamięta jak pierwszy raz leciał nad Morzem Bałtyckim. To jest dziwne uczucie tak lecieć, bo morze zlewa się z horyzontem. Czasem jak przylatywali inni piloci z innych lotnisk, to potrafili spanikować, bo do tego widoku trzeba być przyzwyczajonym i mieć nawyki.

Po zakończeniu pracy jako pilot morski - Pan Józef kierował ruchem lotniczym na lotnisku w Siemirowicach.
Na Kaszubach został już na stałe. Tutaj się ożenił i mieszka.

Powyższe wspomnienia można uzupełnić poprzez informacje zawarte na stronie internetowej pod adresem: 
gdzie zobaczyć można bardzo ciekawe lotnicze fotografie, godła kluczy i eskadr oraz poznać interesującą historię dzisiejszej 44 Bazy Lotnictwa Morskiego w Siemirowicach, której początek działań w strukturze Marynarki Wojennej przypada na 1956 rok.


Edyta Litwiniuk
„Dziennik Bałtycki”
Redaktor prowadzący o / Lębork
„ECHO ZIEMI LĘBORSKIEJ ‘’.

kmdr por. w st. spocz. Eugeniusz Bobliński ,
Członek Zarządu Koła Nr 12 Lotników Morskich ZŻWP w Lęborku.
Lębork, dnia 16 kwietnia 2014 r.

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 48 odwiedzający (177 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=